Główny sponsor:

Miasto
Ząbki
ZAMIAST RELACJI Z MECZU
ZAMIAST RELACJI Z MECZU

ZAMIAST RELACJI Z MECZU

Wykorzystując fakt, że po wycofaniu z rozgrywek Bzury Chodaków nasza drużyna miała wolny weekend, zaprezentuję fragment tekstu, który znalazłem któregoś dnia porządkując stare szpargały. To nie żart, spisany odręcznie po prostu leżał i czekał aż ktoś się nim zainteresuje. Trafiło na mnie, a ja po dłuższym zastanowieniu uznałem, że w jakiś dziwny i nieco pokrętny sposób można się w nim doszukać analogii do rzeczywistości w której funkcjonujemy.

Życząc miłej lektury zapewniam, że w „Dziejach królestwa…” fragmentów, które w mniejszym lub większym stopniu mogą zainteresować ząbkowskiego kibica jest więcej. Sukcesywne ich upublicznianie zależy wyłącznie od Waszego odzewu na niniejszą publikację.

DZIEJE KRÓLESTWA TIKI-TAKA

(Rękopis anonimowego nadwornego skryby)

Fragment ze strony CCLXXIV   

Kilka miesięcy temu w podstołecznym grodzie Kiełki miała miejsce nielicha awantura. Ku radości statecznych mieszczan i rozpaczy gawiedzi z dnia na dzień uległa rozpadowi wysoko notowana i ceniona w granicach królestwa drużyna miejscowych wojów, która pod dumną nazwą Wilczy Kieł przez wiele lat ze znawstwem i profesjonalną elegancją wykazywała swe przewagi w kultowych na naszym kontynencie zawodach przeciągania liny. Wiele powstało wierszy upamiętniających ich sławne wiktorie, a wędrowni trubadurzy w pieśniach, tudzież ckliwych balladach śpiewanych po dworach, kasztelach i przydrożnych oberżach sławili wyczyny wilczych herosów. Sielanka trwała ponad dwadzieścia lat, ale zupełnie niespodziewanie pewnego dnia się skończyła.

Jedni powiadali, że przyczyną tego stanu rzeczy były nadmierne ambicje rzeczonych wojów, zapatrzonych na dokonania wcześniejszych gwiazd lokalnej ekipy - Barubara i Jędzy, którzy zostali zaproszeni do występów pod proporcem stołecznego Legionu Bestii. Jeszcze większy wpływ na pobudzenie wyobraźni nowych adeptów współzawodnictwa i wydatne wzmocnienie pozycji rzeczonych w środowisku „przeciągaczy” miały także występy pod królewskim sztandarem. Mieli w ten sposób okazję na co dzień rywalizować i wykazywać swe przewagi w starciach z Brytami, Galami, Germanami, czy bliższymi nam kulturowo Madziarami i Rusinami, bez większej różnicy czerwonymi czy białymi. Inni wskazywali, że po okresie przerostu formy nad treścią, do grodu wreszcie wróciła normalność. Mówili głośno i starali się ze swym przekazem dotrzeć do jak największego grona słuchaczy, że przeciąganie liny ani większej chwały, ani tym bardziej intraty nigdy grodowi nie przynosiło, a przeszkadzało zarówno garstce angażujących się w te brewerie mieszczan i kupców, jak również gawiedzi w realizacji zasad, którymi powinni się w życiu kierować ludzie szlachetni, niezależnie od zasobności kieszeni i pozycji społecznej, a określonych w dewizie „Ora et labora” głoszonej przez Benedykta z Nursji. Jednak najliczniejsze grono zwolenników miała teoria, która głosiła, że jeżeli nie wiadomo o co w tej całej hecy chodzi, to z pewnością w grę wchodzą talary, których zabrakło… albo, bo takie głosy także się pojawiały, było ich zbyt wiele.

Jak było naprawdę nie wiem i dociekać nie będę, ale faktem pozostaje niezbitym, że po traktach malowniczo usytuowanego królestwa Tiki-Taka, położonego wśród gęstych i bogatych w zwierzynę lasów z dnia na dzień przestały przemieszczać się kolorowe kolumny z dumnie powiewającymi na wietrze wilczymi proporcami. Siłą rzeczy przestały także za kolumnami wojów podróżować tabory, na których wydzierający się w niebogłosy fani, dmąc w surmy i piszczałki oraz waląc w tarabany, starali się zarówno w drodze, jak też na podmiejskich błoniach, na których najczęściej zlokalizowane były turniejowe szranki, dodać otuchy swoim ulubieńcom i rozproszyć przeciwników. Za nimi z kolei przestali podążać przedstawiciele lokalnego oddziału Gwardii Królewskiej, których z racji koloru noszonych kaftanów powszechnie zwano Czerwonymi Kapturami. Podstawowym zadaniem tej dzielnej formacji było podejmowanie wszelkich możliwych działań, mających na celu zniechęcenia tłuszczy do opuszczania murów grodu, które pozwalały na względną kontrolę ich poczynań. Jednak gdy te plany paliły na panewce, a były to przypadki nader częste i zdeterminowanej kompanii, mimo zamkniętych bram i opuszczonych rogatek udawało się w drogę wyruszyć, robili wiele, aby im te podróże maksymalnie urozmaicić. Co kilka kilometrów sprawdzali prawidłowość podkucia koni ciągnących juczne wozy, stan skupienia woźniców oraz emblematy na transportowanych proporcach. O konfiskacie skrzętnie poukrywanych w przemyślnych schowkach zapasów miodu, okowity i innych napitków nie wspomnę, bo na tym skupiali swe wysiłki w pierwszej kolejności.

Znalazł - Krzysztof Krajewski