Główny sponsor:

Miasto
Ząbki
ZAMIAST GWIAZDKOWEGO PREZENTU
ZAMIAST GWIAZDKOWEGO PREZENTU

ZAMIAST GWIAZDKOWEGO PREZENTU

Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia u niemal każdego z nas wyglądają podobnie. Z wypiekami na twarzy biegamy po sklepach szukając wymarzonych prezentów dla bliskich, przygotowujemy tony jedzenia, nie zapominając oczywiście o kupnie popitki i robimy nieco  gruntowniejsze porządki. Właśnie w ramach porządkowania mojej przepaścistej szuflady ze szpargałami ponownie natknąłem się na znaleziony jakiś czas temu rękopis nieznanego kronikarza. Pamiętacie może, że pierwszy fragment „Dziejów królestwa Tiki-Taka” został upubliczniony pod koniec kwietnia, pod zupełnie nic nie znaczącym tytułem „ZAMIAST RELACJI Z MECZU”. Składając najserdeczniejsze życzenia zdrowia, spokoju i wszelkiej pomyślności zamiast gwiazdkowego prezentu przekazuję do publikacji kolejny fragment kroniki. Tym razem ze strony 289.

DZIEJE KRÓLESTWA TIKI-TAKA

(Rękopis anonimowego nadwornego skryby)

Fragment ze strony CCLXXXIX

Po dłuższej przerwie przedstawię kilka informacji z turniejowych szranków. Rozpocznę od ekipy Wilczego Kła Kiełki, która została reaktywowana. Po okresie stagnacji, który trwał blisko pół roku znalazło się w podstołecznym grodzie kilka mocno zdeterminowanych osób, którym sentyment i lokalny patriotyzm nakazał zakasać rękawy i zabrać się do roboty przy budowaniu nowej ekipy. Przewodził im najemny specjalista od sztuk wszelakich, zwany zarówno w samych Kiełkach, jak również w całym środowisku Wielkim Strategiem, Potrafił on być dla młodych adeptów niczym ojciec. Chwalił kiedy dawali do tego podstawy, ale też grubym słowem potrafił nieszczęśnika potraktować, gdy dostrzegł taką potrzebę, choć bez potrzeby też mu się zdarzało. Mimo że wzrostu niewielkiego nie sposób go było przeoczyć. Wysoko uniesiona głowa, wzrok hardy toczony dokoła sprawiał, że rzucał się w oczy nawet w licznej kompani. Sprawiał wrażenie, że o samej rywalizacji i poszczególnych „przeciągaczach” wie niemal wszystko, a co za tym idzie wiele osób w grodzie z jego opiniami mocno się liczyło. Wspomagał go wierny pomocnik, którego z racji charakterystycznej narośli na lewym uchu nazywano, nie wiedzieć czemu… Ptasznikiem. To była dopiero ciekawa persona. Przed rozpadem poprzedniej ekipy spełniał, może niezbyt chwalebną, ale niezwykle potrzebną rolę herolda, głoszącego dobre nowiny, nawet gdy ich brakowało. Jednemu rzucił żarcik, innym garść statystyk i ciekawostek sprawiając w ten sposób, że zarówno on sam, jak i cała ekipa byli postrzegani lepiej niżby na to wskazywały osiągane wyniki. Umiejętność rzadka i bardzo w środowisku ceniona. Gdy źródełko z talarami wyschło, a od kiełczańskiej ekipy, z różnych powodów odwróciło się wielu dobroczyńców skupił swoje działania na pracy u podstaw. Przekonywał ćwiczącą dziatwę i ich rodzicieli, że rywalizacja mimo przejściowych kłopotów ma w Kiełkach przyszłość. Wielu zwątpiło i przeniosło swoje dzieci do okolicznych przygotowalni, ale liczni też pozostali. Było ich na tyle wielu, że gród mimo braku dorosłej ekipy, nadal uważany był powszechnie za prężny ośrodek szkolenia i miejsce niemal „skazane” na sukces w niedalekiej przyszłości.

Od czasu gdy ekipa została reaktywowana Ptasznik zajmował się niemal wszystkim. Oprócz bieżącego wspomagania działań Wielkiego Stratega i zajmowania się tym wszystkim, czym zajmował się przed jej upadkiem, przejął także obowiązki sprawowane wcześniej przez kilka innych osób. Zdołali oni swoim zapałem i entuzjazmem zarazić do pomysłu reaktywacji innych i nakłonić do sypnięcia talarami zarówno włodarzy podstołecznego grodu z Władyką na czele, miejskich rajców, jak również dość wąskie, ale jednak grono kupców, oberżystów i drobnych sklepikarzy. Na pierwsze spotkanie nowej ekipy przyszło wielu gołowąsów, którzy wielokrotnie obserwowali zawody z trybun, ale na poziomie dorosłym nigdy w nich nie uczestniczyli. Próbowali swych sił w wielu okolicznych przygotowalniach, ale bardziej były to dziecinne igraszki aniżeli poważna rywalizacja. Marzyła im się kariera porównywalna z wojami, którzy wcześniej występowali pod dumnym wilczym proporcem, ale umiejętnościami znacząco poprzednikom ustępowali. Brakowało im krzepy i doświadczenia, a o technikach skutecznego przeciągania liny słyszała zaledwie garstka z nich. Trafił się wśród tej rzeszy żądnych przyszłej sławy i trzosów pełnych talarów młodzianów, jeden czy dwóch chromych, kilku słabo widzących, a nawet jeden bezręki, ale ogólnie po tym spotkaniu wzrósł optymizm wśród pomysłodawców i zwolenników budowy nowej ekipy. „- Chłopcy zmężnieją, nabiorą wagi, doświadczenia i znowu wrócimy do gry” – mówili głośno i butnie, ale dla obserwujących ten proces z boku było oczywistym, że jest to hałaśliwa i raczej nieudolna próba zaklinania rzeczywistości, która wyraźnie skrzeczała.

Do pisania wierszy i pieśni pochwalnych, sławiących przyszłe osiągnięcia nowej ekipy, a co za tym idzie podjęcie próby stworzenia na nowo wilczej legendy został niemal siłą przekonany miejscowy skryba, zwany Gryzipiórkiem. Byli tacy którzy twierdzili, że widywali go często na dworze Władyki, ale żaden z nich nie wiedział czym się tam do końca zajmował. Pisać i czytać potrafił, a to zawężało możliwości do skryby, bądź sponsorowanego przez lokalnego możnowładcę wierszoklety. Z wyglądu bardziej przypominał kopistę niźli poetę, ale wątpliwości pozostawały. Dziwny był to człek. Ani wysoki, ani niski, z całą pewnością nie gruby. Mocno przerzedzone i utkane siwizną, często nastroszone włosy z pewnością dodawały mu lat, choć tak do końca nikt nie widział ile ich w rzeczywistości liczył. Robił wiele, aby pozostawać niemal niewidzialnym. Ubierał się i zachowywał, jakby nie chciał rzucać się w oczy, a stojąc stale z boku sprawiał, że rzadko komu kontakt z nim na dłużej pozostawał w pamięci. Dodatkowo o sobie zwykł mawiać niewiele, zgoła wcale, za to o turniejach i poszczególnych kiełeckich herosach mógł rozprawiać godzinami. Mówił ze swadą i niemałym znawstwem i bez różnicy mu było czy siedział nad kuflem piwa, czy garncem przedniej okowity, byle tylko audytorium było chętne do słuchania opowieści i stawiania następnych kolejek. Najdziwniejsze w tej całej sytuacji było jednak to, że nawet najstarsze osoby związane od lat z ekipą nie pamiętały, aby on sam kiedykolwiek ćwiczył przeciąganie liny w miejscowej, bądź którejkolwiek z okolicznych przygotowalni. Wiedzący lepiej powiadali, że zawsze bardziej ciągnęło go do czytania niż do wysiłku fizycznego i dodawali, że zapewne wiele śpiewanych po dworach i oberżach pieśni o minionych dokonaniach wilczej ekipy także było jego autorstwa. Jednak nie wiedzieć czemu on sam, nigdy tego potwierdzić nie zechciał, a usilnie próbujących dociec prawdy grzecznie, acz bardzo stanowczo precz odsyłał. Odnosiło się wrażenie, że stojąc z boku dostrzega coś, czego z innej perspektywy dojrzeć nie potrafił, a błąkający się po jego ustach szyderczy uśmieszek zdawał się świadczyć, że przy okazji dość dobrze się bawił.

Znalazł - Krzysztof Krajewski