Główny sponsor:

Miasto
Ząbki
SPECYFIKA CYKLU
SPECYFIKA CYKLU

SPECYFIKA CYKLU

Nasz świat jest wypadkową zdarzeń losowych, takich jak choćby wybuchy wulkanów, tornada czy też uderzenia huraganów, zdarzeń liniowych, których charakter najlepiej oddają procesy erozji skał, czy też globalnego ocieplenia oraz zdarzeń cyklicznych. Cykliczne wydarzenia powtarzają się, jak sama nazwa wskazuje wielokrotnie i raczej regularnie, nie oznacza to jednak, że każde zdarzenie będzie takie samo, nastąpi dokładnie w tym samym czasie, ani nawet, że koniecznie musi nastąpić. Właśnie tego typu refleksje naszły mnie, gdy po zimowej przerwie zajrzałem do swojej szuflady pełnej szpargałów i roboczych notatek i po raz kolejny natknąłem się na znaleziony jakiś czas temu rękopis nieznanego kronikarza. Pamiętacie może, że jego pierwszy fragment udostępniłem pod koniec kwietnia zeszłego roku, pod zupełnie nic nie znaczącym tytułem „ZAMIAST RELACJI Z MECZU”, a kolejny zatytułowany równie bezsensownie „ZAMIAST GWIADKOWEGO PREZENTU” pojawił się na stronie w wigilię Świąt Bożego Narodzenia. Zastanawiając się nad specyfiką cyklu oraz na ile może on być nieregularny, aby takowym nadal pozostawać prezentuję kolejny fragment tej skądinąd dość zajmującej lektury, tym razem ze stron 292.

DZIEJE KRÓLESTWA TIKI-TAKA

(Rękopis anonimowego nadwornego skryby)

Fragment ze strony CCXCII

Wielki Strateg często prawił o czasach, gdy jako pacholę miał okazję ćwiczyć pod królewskim sztandarem i rywalizować z przedstawicielami ościennych królestw i księstw. Późniejsze okoliczności sprawiły jednak, że większej kariery zrobić nie zdołał. Wyjechał na bardzo długo, byli tacy którzy twierdzili, że za Wielką Wodę i słuch o nim zaginął. Po powrocie został Tutorem w stołecznym Gwarku i przez lata sprawował funkcje pomocnicze w Młodzieżowej Królewskiej Przygotowalni. Później na całe dziesięciolecia trafił do ekipy Wilczego Kła, z którym pokonał wiele szczebli królewskiej hierarchii. Początkowo był tylko Tutorem wspomagającym, później samodzielnie prowadził ekipę, aby w końcu objąć funkcję Wielkiego Stratega w ekipie pnącej się sukcesywnie do góry w królewskiej hierarchii. Tak było jednak wcześniej, kiedyś, dawniej.... Aktualnie skupiony była wyłącznie na zbudowaniu na zgliszczach poprzedniej ekipy nowej, która ponownie miałaby szansę stać się rozpoznawalną marką na arenach królestwa. Dostrzegając ogólną niemoc i mizerię młodzieńców, ćwiczonych przez zatrudnionego specjalnie na tę okoliczność miejscowego Tutora podjął próbę przekonania do powrotu w szranki dwóch weteranów wilczej ekipy. Onegdaj stawiali w jej przygotowalni pierwsze kroki zawodnicze, ale późniejsze przypadki sprawiły, że zmuszeni byli oferować swe usługi w wielu ościennych grodach i osadach, a że doświadczenia i krzepy im nie brakowało, to i popyt na nie był dość duży. Jak się okazało próba zakończyła się pełnym powodzeniem. Wzmocnienie formacji z przodu liny, jak również bliżej jej końca pozwalało zarówno Strategowi, jak też Tutorowi nieco spokojniej myśleć o nadchodzących turniejach. W tych właśnie dniach dziarskim krokiem po grodzie przechadzał się mieszkający w Dolnym Jarze, rozpromieniony i dumny niezwykle Nestor. Swego czasu, przez całe dekady spełniał przy ekipie wszelkie możliwe funkcje, teraz prawił każdemu, kto tylko miał ochotę słuchać jego przydługich i nieco nudnawych tyrad, zarówno o historycznych dokonaniach miejscowych wojów, jak również wieszcząc aktualnym adeptom nieuniknione sukcesy w przyszłości.

W międzyczasie pozytywnie został rozpatrzona petycja, złożony do Królewskiego Trybunału Przeciągania Liny o przywrócenie ekipy Wilczego Kła Kiełki do rozgrywek, na możliwie jak najwyższym poziomie w ramach kasztelanii. Udało się nadzwyczajnie, a do faktu, że patrząc na hierarchię królestwa ekipa z Kiełek spadła z drugiego na piąty poziom rywalizacji, nikt nie przywiązywał większej wagi. Gawiedź wyła z zachwytu, że znów będzie miała możliwość przekrzykiwania się na lokalnych błoniach z fanami ekip przyjezdnych. Dodatkowo kusiła ich perspektywa odkurzenia dawno nieużywanych bębnów, surm i piszczałek przed ponownym ruszenia w drogę, by jak poprzednio wspomagać ekipę poza lokalnymi szrankami. Donośnie skandowane hasło: „Wilczy Kieł wiecznie żywy” niosło się po miejskich blankach i dachach zabudowań, a zwielokrotnione odbitym od murów echem spadało na stateczny gród powodując niemałe zamieszanie, szczególnie w okolicach licznych karczm i zajazdów, które miały koncesję na wyszynk miodów i wysokoprocentowych napitków.

Wielki powrót w turniejowe szranki nastąpił z końcem żniw roku pamiętnego. Radość spowodowana tym faktem, potęgowana dodatkowo pełnymi po bogatych zbiorach grodzkimi spichrzami oraz utrzymującą się od dłuższego czasu doskonałą, słoneczną pogodą sprawiła, że do oddalonego o ponad trzydzieści wiorst Ożoga wyprawiło się z Kiełek kilkanaście taborów wypełnionych fanami. W trakcie podróży po okolicznych lasach niosły się radosne krzyki i dźwięki charakterystycznych dla tego rodzaju wyjazdów instrumentów. Spłoszone zające, sarny i dziki umykały czym prędzej w gęstwinę, zupełnie zdezorientowane łosie stały bezradnie na poboczach, a psy w mijanych siołach i osadach nie wiedząc co się dzieje przeraźliwie wyły, doprowadzając do rozpaczy swoich właścicieli.

Gdy po niemal sześciogodzinnej podróży kiełczanie, w rytm donośnych dźwięków bębna, przy wtórze surm i popiskujących fujarek zawitali na ożogowskie błonia, z miejsca dali do zrozumienia lokalnym fanom kto tu rządzi. „Wilczy Kieł wiecznie żywy” rozbrzmiało donośnie i miało za zadania wyraźnie wskazać różnicę, jaka jeszcze kilka miesięcy temu dzieliła obie ekipy w królewskiej hierarchii. Okrzyk powtarzany po wielokroć pozytywnie wpłynął na wilczą ekipę, która uporała się z ożogowską Poranną Rosą fundując jej dwa „przeciągnięcia”, tracąc tylko jedno. Euforii nie było końca, a radosny powrót niektórych fanów do domu, przerywany postojami w przydrożnych karczmach i zamtuzach trwał do późnych godzin popołudniowych dnia następnego.

Znalazł - Krzysztof Krajewski